Ciszej nad tym centrum
2003-08-09 00:00
Z zainteresowaniem przeczytałem artykuł Adama Krzemińskiego „Pomnik nieporozumień” [POLITYKA 30], omawiający kwestie powstania Centrum przeciwko Wypędzeniom. Pojawia się w nim opinia, jakoby środowisko SLD było nieobecne w debacie związanej z koncepcją utworzenia takiej placówki. Mam wrażenie, że politycy SLD wypowiadali się w tej kwestii dostatecznie często, aby ich głos mógł zostać należycie odnotowany. Znamienne jest choćby stanowisko ministra Włodzimierza Cimoszewicza, który jasno wyraził daleko idące wątpliwości co do tego, czy pomysł autorstwa Związku Wypędzonych (BdV) powinien być w ogóle przedmiotem debaty publicznej w Polsce. Stwierdził on m.in.: „Idea europejskiego centrum wypędzeń może sugerować porównywalność sytuacji wypędzonych Polaków i wypędzonych Niemców. Te sytuacje nawet w wymiarze moralnym są nieporównywalne. Niemcy ponieśli konsekwencje wywołanej przez siebie wojny. (...) Polacy byli wypędzeni ze swoich ziem nie dlatego, że zrobili coś złego”. Ta wypowiedź uwidacznia kilka zasadniczych wątpliwości, przed jakimi stoimy chcąc poważnie dyskutować o całym pomyśle. Jedna z nich dotyczy właśnie tego, czy zgłaszanie polskich kontrpropozycji dotyczących koncepcji i siedziby Centrum nie jest zgodą na debatę na płaszczyźnie, na której Polakom dyskutować nie przystoi. Niezależnie nawet od trudnego do zaakceptowania nazewnictwa proponowanego przez BdV, które stosuje wciąż historycznie mało uzasadnione określenie „wypędzeni”, muzeum takie upamiętniałoby i w pewnym stopniu neutralizowało fakt, który w percepcji wielu osób był aktem sprawiedliwego odwetu za bezprzykładne w historii okrucieństwa hitlerowskie.
Widać, że problem budowy Centrum, niezależnie od jego lokalizacji, jest sam w sobie ideą nader kontrowersyjną i zapewne daleko nam jeszcze do momentu, gdy będziemy umieli o tym rozmawiać spokojnie. Zdają sobie z tego sprawę oba rządy – polski i niemiecki. Mimo szerokiego rozgłosu, jaki towarzyszy idei Centrum, kwestia ta nie stała się nigdy tematem żadnego z licznych polsko-niemieckich spotkań międzyrządowych. Jest więc – z formalnego punktu widzenia – wewnętrzną sprawą Republiki Federalnej Niemiec. Nie pamiętam też, aby ten temat poruszali niemieccy koledzy z grupy roboczej SLD-SPD, w pracach której uczestniczę. Widać więc, że mimo nagłośnienia mamy w tym przypadku do czynienia raczej z faktem publicystycznym niż politycznym; z pewnością nie dyplomatycznym. Bardziej zdecydowane wypowiedzi członków ugrupowania rządzącego w Polsce, jakim jest SLD, mogłyby być więc potraktowane jako placet dla idei bardzo kontrowersyjnej i wzbudzającej duże społeczne emocje.
Faktem jest również, że problematyka deportacji i przymusowych przesiedleń – Ormian, Greków, Turków, Albańczyków, Serbów – wpisuje się w szerszą kategorię zagrożeń związanych z migracjami wielkich grup ludności. Dotyczy nie tylko przeszłości. Przeciwnie – są to wyzwania aktualne dziś i mogą nasilić się w niedalekiej przyszłości. Problematyką migracyjną w ramach naszego kontynentu od dawna zajmuje się Rada Europy. Niedawno pojawiła się tam inicjatywa – popierana m.in. przez Grecję i Hiszpanię – powołania ośrodka (agencji) monitorującego procesy migracyjne w skali kontynentu. Przewiduje ona analizowanie zagadnień współczesnych, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby zadania takiej placówki rozszerzyć o badanie i upamiętnienie zjawisk, o których mowa.
Jestem też zdania, że siedzibą takiego centrum nie powinno być żadne z miast dotkniętych omawianym zjawiskiem, to znaczy ani Berlin, ani Wrocław. Uniknęlibyśmy wówczas dwóch niebezpieczeństw: ograniczania problemu do regionu Europy Środkowej oraz stworzenia iluzji, że sprawa patologii migracyjnych należy do zamkniętego rozdziału w historii. Ważne ponadto, by nie dopuścić do rozpętania „wojny na muzea”, służącej de facto pisaniu dziejów na nowo, według doraźnych potrzeb politycznych.


