Decydujący rok dla lewicy
2005-01-01 00:00
Lewica polska znalazła się na zakręcie i przeżywa wyjątkowo trudne chwile, porównywalne w III RP jedynie z okresem 1989-1991. Generalnie wiadomo dlaczego tak jest. Ponosimy koszty często nie akceptowanego społecznie sposobu rządzenia (m.in. afery i pseudoafery), braku czytelnej identyfikacji ideowej i bierności wielu członków partii, w tym sprawujących funkcje. Na to nałożyło się wewnętrzne rozbicie i powstanie w marcu ub.r. SDPL Dlatego w czarnym scenariuszu utrzymywanie się takiej sytuacji, np. przy wystawieniu aż trzech konkurujących ze sobą list w zbliżających się wyborach parlamentarnych, w warunkach polityczno-ideologicznej ofensywy (często kołtuńskiej) prawicy, mogłoby doprowadzić do tego, o czym gorzko pisał autor „Pani Bovary" Gustave Flaubert: „Nic nie jest bardziej upokarzające niż oglądanie sukcesów głupców tam, gdzie nam samym się nie powiodło".
Zadaniem III Kongresu Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Warszawie 18-19 grudnia 2004 r. było nie tylko i nie głównie wybranie nowych władz, ale przede wszystkim znalezienie właściwej odpowiedzi na pytanie, jak zapobiec powyższemu scenariuszowi i jak sprawić, by w naszym kraju działała silna, najlepiej zjednoczona, lewica polityczna, o odbudowanej tożsamości, która zrealizuje oczekiwania potężnej, istniejącej lewicy społecznej, której liczebność szacuje się na ok. 30% obywateli. Zabierając głos w imieniu 39-osobowej delegacji Warmii i Mazur starałem się, nie lekceważąc poważnych zagrożeń, wlać w nasze serca szczyptę optymizmu. Mówiłem o naszym województwie jako jedynym, gdzie lewica rządzi bądź współrządzi, i to na ogół efektywnie, we wszystkich tzw. miastach prezydenckich (pow. 50 tys. mieszkańców) i w wielu innych (np. w Mrągowie). Także o potrzebie poważnej dyskusji o kształcie współczesnego polskiego kapitalizmu, który bezwzględnie należy bardzo uczłowieczyć, by nie był, jak obecnie, darwinistyczny. Ponadto, o konieczności kładzenia akcentu na to, co łączy, a nie co dzieli rozmaite nurty lewicy. Bez wątpienia najważniejszym rezultatem Kongresu jest projekt programu SLD na lata 2005-2010 zatytułowany „Sojusz wyzwań: za demokracją-przeciw nierównościom". Ten zwarty tekst to tezy do dyskusji, a nie program wyborczy, zawierający wiele trafnych diagnoz oraz propozycji. Wskażę jedynie na trzy: zwiększenie płacy minimalnej (z obecnych 30% średniej pensji do standardu Unii Europejskiej, czyli 60%), powołanie specjalnego funduszu wyrównawczego służącego samorządom lokalnym na obszarach zagrożonych marginalizacją oraz likwidację Senatu.
Kongres przyjął kilka uchwał i apeli, m.in.: „O Polskę tolerancyjną", „W sprawie tradycji lewicy polskiej", n.t. przestrzegania Karty Zasad Etycznych SLD, o Traktacie Konstytucyjnym, w sprawie zagrożeń demokracji w Polsce oraz o obecności polskiego kontyngentu wojskowego w Iraku (w tym stanowisku zwrócono się do Rządu o uzgodnienie z sojusznikami procesu wycofywania naszych wojsk w możliwie najszybszym terminie). Trochę szkoda, iż kwestie wyborcze okazały się tymi, którym delegaci poświęcali najwięcej uwagi, z pewnym uszczerbkiem dla wątków programowych. Zwycięstwo Józefa Oleksego w rywalizacji o funkcję Przewodniczącego partii spowodowało, iż pokonany w drugiej turze Krzysztof Janik, wraz z kilkunastoosobową grupą delegatów, ogłosił powstanie platformy „Socjaldemokratyczna Przyszłość". W Deklaracji tej platformy zawarto niezbyt szczęśliwe sformułowanie, iż jest ona „wewnątrzpartyjną opozycją". Dziś mamy w SLD osiem platform, ale powinny one starać się, jak jest to np. w łonie silnej partii francuskich socjalistów, wypracować alternatywne propozycje programowe a nie być instrumentami wewnętrznej batalii politycznej.
Już po Kongresie SLD doszło do ważnych wydarzeń na lewicy. J. Oleksego jako Marszałka Sejmu po znanym (nieprawomocnym) orzeczeniu Sądu Lustracyjnego zastąpił Włodzimierz Cimoszewicz. Zebrała się nowa Rada Krajowa (Warmia i Mazury mają w niej 6 przedstawicieli), która powołała 28-osobowy Zarząd Krajowy, zgodnie ze statusem reprezentujący partię na zewnątrz, koordynujący realizację uchwał Kongresu i Konwencji SLD oraz przygotowujący listy kandydatów w wyborach parlamentarnych (z naszego regionu znaleźli się przewodniczący Wiesław Kowalski i piszący te słowa). Trwają przygotowania do podjęcia decyzji o terminie wyborów do Sejmu i Senatu (czerwiec albo wrzesień), dyskusje o formule tych wyborów z punktu widzenia lewicy i i możliwości wystawienia wspólnego kandydata w wyborach prezydenckich (pierwsza tura na przełomie września i października). Ponadto SLD opowiada się za tym, by (mówiłem o tej sprawie niedawno w imieniu naszego Klubu w Sejmie) połączyć referendum w sprawie konstytucji europejskiej z wyborami prezydenckimi. Jedynie wówczas można liczyć na frekwencję ponad 50%, która oznacza wiążący wynik tego referendum. Być może czekają nas w tym roku trzy nader ważne batalie polityczne. Ich rezultat w dużej mierze określi przy tym kierunek równie ważnych wyborów samorządowych, jesienią 2006 r. Również z tego względu obecny rok jawi się jako decydujący dla lewicy.
Co do sytuacji organizacyjnej na lewicy, to minione tygodnie nie wyjaśniły jej. Unia Pracy wraz z kilkoma ugrupowaniami, z którymi SLD powinien także blisko współpracować, powołała do życia Unię Lewicy. Nie jest to jednak alians wyborczy, a gdyby nawet miał być, to z mizernymi szansami na przekroczenie progu 5% w wyborach do Sejmu. Socjaldemokracja Polska na siłę poszukuje swej tożsamości. Ponieważ de facto nie różni się niczym od SLD, jedynym jej wyróżnikiem, przykro to stwierdzić, jawi się wrogość do Sojuszu. Potwierdził to m.in. arogancki tekst listu Marka Borowskiego do III Kongresu, odczytany przez Tomasza Nałęcza, który sam w licznych wypowiedziach wyklucza możliwość tworzenia wspólnej listy wyborczej. Odżegnywanie się przez przewodniczącego SDPL od Sojuszu przybiera niekiedy formy nie tylko kuriozalne, lecz obraźliwe. Traktowanie SLD jako „skansenu" jest nie tylko nieprawdziwe, ale wystawia fatalne świadectwo mówiącemu te słowa. Przecież „styl to człowiek", głosi stare francuskie powiedzenie.
Moim zdaniem największym niebezpieczeństwem dla lewicy w nadchodzących wyborach jest pozostanie naszego potencjalnego elektoratu w domach. Należy zrobić wszystko, by do tego nie doszło. Naturalnie, iż wspólna lista lewicy (np. pod hasłem „Lewica Razem") zmniejszyłaby tę groźbę. Dlatego mimo wszystko nie można ustawać w wysiłkach, by tak się właśnie stało. To samo odnosi się do wyborów prezydenckich. Warto zatem, wspólnie z Prezydentem RP, spróbować zbudować lewicową wspólnotę ideową. Na koniec nie sposób nie zacytować fragmentu nader ważnej uchwały III Kongresu SLD w sprawie przyszłości polskiej lewicy, w którym akcentuje się, że przyszłość „...zależy głównie od jej mądrości. Jeżeli nie stworzymy jednolitego front lewicy, oddamy pole prawicy, która (być może na długie lata) zdominuje życie polityczne".


