Dylematy konstytucji europejskiej
2003-09-29 00:00
Magnificencjo,
Wysoki Senacie,
Koledzy Profesorowie,
Droga Młodzieży,
Szanowni Państwo
Świadomie wybrałem taki temat wykładu, gdyż dotyczy on centralnego obecnie zagadnienia dla Polski – zarówno w układzie wewnętrznym, jak i międzynarodowym.
Od czasu średniowiecznej Res Publica Christiana, poprzez Unię Lubelską aż po Europejską Wspólnotę Obronną, rozwijano rozmaite koncepcje integracji naszego kontynentu. Ta obecna – Unii Europejskiej – jest bez wątpienia najbardziej zaawansowanym projektem. Polską rzeczywistość w ostatnich 14 latach determinują głównie cztery procesy: transformacji, modernizacji, globalizacji i integracji. Ten ostatni w najbliższych dekadach będzie odgrywał szczególną rolę, gdyż nasza akcesja do Unii stwarza możliwość przyspieszenia rozwoju cywilizacyjnego, a zarazem stanowi najlepszą odpowiedź Polski na wyzwania globalizacyjne. Poszerzona Unia Europejska będzie liczyła wkrótce 450 mln ludzi, a po przyjęciu Bułgarii, Rumunii, Chorwacji i – w perspektywie – Turcji, 550 mln, a więc dwukrotnie więcej niż USA i czterokrotnie więcej niż Japonia.
Jej skuteczne funkcjonowanie wymaga reform prawno–instytucjonalnych. Bowiem organizacje międzynarodowe tak jak państwa – by zacytować Henryka Sienkiewicza – „są jak dywany – wymagają od czasu do czasu przetrzepania”.
Od dawna podejmowano próby przygotowania wspólnej konstytucji dla Europy, m. in. w 1831 r. uczynił to Wojciech Jastrzębowski. W 1944 r. Unia Paneuropejska Richarda Coudenhove-Kalergiego przedłożyła „Projekt Konstytucji Stanów Zjednoczonych Europy”. Później opracowano inne dokumenty. Dopiero jednak Rada Europejska na posiedzeniu nicejskim, w grudniu 2000 r. przyjęła Kartę Praw Podstawowych Unii Europejskiej, jako namiastkę aktu konstytucyjnego. Na podstawie mandatu udzielonego w rok później w Laeken, na przedmieściach Brukseli, powołano tzw. Konwent Europejski – 105 delegatów i ich zastępców. Po 17 miesiącach pracy pod przewodnictwem byłego prezydenta Francji Valery’ego Giscard d’Estaign Konwent przedstawił w czerwcu i lipcu br. projekt traktatu konstytucyjnego złożony z 4 części: przepisów konstytucyjnych, Karty Praw Podstawowych, konkretnych polityk Unii Europejskiej oraz przepisów końcowych. Zastępuje on istniejące od półwiecza unijne traktaty o: Wspólnocie Europejskiej, Euroatomie oraz o Unii Europejskiej w wersji z Nicei.
Przesądzone już – od 1 maja 2004 r. – rozszerzenie Unii o 10 nowych państw, w tym o Polskę, po wschodniej stronie dawnej żelaznej kurtyny, powszechnie uznawane za wydarzenie historyczne, obudziło nowe ambicje integracyjne na kontynencie. Rozszerzona Unia chce być równocześnie Europą pogłębioną, zaczątkiem nowej, prawdziwie zjednoczonej Europy. Szuka więc symboli – traktatu konstytucyjnego, jednolitego systemu ochrony praw człowieka, nowej demokratyzacji i tożsamości zewnętrznej. Należy jednak zastanowić się, czy za tymi symbolami, które niewątpliwie odzwierciedlają realne aspiracje Europejczyków, kryje się świadomość kosztów i gotowość ich ponoszenia. Nie chodzi tu przy tym o koszty materialne, ale o nieuchronną erozję suwerenności i tworzenie już nie tylko organów wspólnotowych, lecz czysto federalnych. Czy aspiracje Europy – życzenia co do własnej potęgi i skuteczności – przeradzają się w konkretne cele Europy, do których prowadzą osadzone w rzeczywistości programy?
O ile wiadomo, co należy uczynić, aby Unia wyszła obronną ręką z rozszerzenia, to kwestia „kierunku pogłębiania” nie jest już tak jednoznaczna. Istnieje szeroki consensus co do niedostatków obecnej konstrukcji europejskiej, a nawet strategicznych celów Europy, natomiast nie widać zgody co do radykalnej zmiany instytucjonalnej, która miałaby umożliwiać realizacje tych celów. Dlatego wiele wskazuje , że obecna dyskusja o reformie instytucjonalnej ograniczy się do zmian na szczeblu zarządzania, zatrzyma natomiast przed głębszymi reformami, dotyczącymi rozdziału kompetencji między państwa członkowskie a Unię lub zasadniczego przewartościowania struktury instytucjonalnej - by wspomnieć dwa kluczowe tematy.
Przed Unią Europejską stawia się obecnie bardzo radykalne cele: w tym zwłaszcza osiągnięcie trwałego wzrostu gospodarczego zgodnie ze strategią lizbońską z 2000 r., o tempie dorównującym Stanom Zjednoczonym oraz przekształcenie wspólnoty do 2010 r. w najbardziej konkurencyjną gospodarkę świata opartą na wiedzy. Dalej: nadanie legitymizacji demokratycznej jej władzom, wzmocnienie tożsamości Unii na arenie zewnętrznej. Zauważmy, że wszystkie te cele były dotąd uważane za skutecznie osiągalne jedynie w ramach instytucji suwerennego państwa. Tymczasem dyskusja na temat finalité Unii Europejskiej, która dość żywo toczyła się kilka lat temu, została dramatycznie ucięta przez szczyt nicejski i słynne punkty tam wypracowane. „Uproszczenie traktatów”, „rola parlamentów narodowych”, „status Karty Praw Podstawowych”...dla wielu nie brzmi to nadmiernie ambitnie. Takie ujęcie nie tylko nie zawiera szczegółowej wizji Europy, ale również pomija milczeniem dalekosiężne polityczne projekty ustroju Unii, np. autorstwa Joschki Fischera, Alaina Juppé i grupy gaullistów francuskich czy Tony Blaira. Tak samo, mimo całej pozytywnej roli, którą dla posunięcia naprzód reformy instytucjonalnej Unii Europejskiej odegrał Konwent, nie było w nim „wielkiej debaty” między federalistami a zwolennikami metody międzyrządowej. Nie powiodły się również wysiłki na rzecz wyposażenia Unii Europejskiej w nowe kompetencje. Nie doszło do próby zakwestionowania wspólnotowego trójkąta instytucjonalnego Komisja – Rada - Parlament. Debata w konwencie potoczyła się więc tradycyjnym nurtem metody Jeana Monneta – jednego z ojców założycieli Unii – polegającej na tym, że Unia Europejska toczy się od reformy do reformy, niejako niepostrzeżenie przybierając na wadze i sile oddziaływania. Jest to co prawda metoda, którą neofunkcjonalna szkoła w teorii stosunków międzynarodowych uznała za bardzo efektywną formę zapewniania stabilności międzynarodowej. Według niej rosnąca współzależność w kwestiach gospodarczych doprowadzi w nieunikniony sposób do wspólnego łączenia, „stapiania się” suwerenności, co z czasem doprowadzi do powstania zależności politycznych i wypracowania wspólnych mechanizmów podejmowania decyzji politycznych. Idąc tym tropem, nie należy się przejmować, że debaty w Konwencie koncentrowały się na kwestiach drugorzędnych, a sama Unia preferuje metodę raczej „małych kroków” niż wielkich politycznych przewartościowań. „Gutta cavat lapidem non vi sed saepe cadendo” (kropla drąży kamień nie siłą lecz częstym spadaniem) - to powiedzenie Owidiusza mogłoby stać się mottem tradycyjnych reform instytucjonalnych UE.
Czy to źle, że nie mówimy obecnie poważnie o przekształceniu Komisji Europejskiej w rząd, a Rady w izbę Parlamentu Europejskiego? I tak i nie. Pamiętajmy bowiem, że do istoty wewnętrznych reform Unii należy nieustanne napięcie między „progresistami” a „konserwatystami” i kompromis między nimi, który stale popycha Unię do przodu. Odzwierciedla to odwieczny rozziew między ambicjami a realnością. Napięcie to towarzyszy debacie o Unii Europejskiej nie tylko w ramach Konwentu. Sztandarowym przykładem tego napięcia jest choćby sama nazwa „Konstytucji Europejskiej”. Konstytucja była dotąd pojęciem zarezerwowanym dla państwowych aktów prawnych najwyższego rzędu, stanowiących najwyższe źródło prawa, będących bezpośrednią emanacją suwerenności ludu. Konstytucja Europejska, wbrew nazwie, nie powstała jako emanacja suwerenności ludu europejskiego – nie będzie przecież przyjęta w drodze żadnego specjalnego „referendum paneuropejskiego”. Nie jest też aktem o charakterze „suprakonstytucyjnym”. Z czysto prawnomiędzynarodowego punktu widzenia jest takim samym traktatem, jak Traktat z Maastricht z 1992 r., Amsterdamski z 1997 r. czy Nicejski z 2001 r. Nazwa „traktat konstytucyjny” brzmi dla tego projektu bardzo na wyrost. A jednocześnie jest to i tak projekt nader – jak na Unię – ambitny, promujący takie reformy instytucjonalne, jakich nie udało się przeforsować ani w Amsterdamie, ani w Nicei. Już ten pierwszy z brzegu przykład uwidacznia obecną niestety w dzisiejszej debacie europejskiej, dość znaczną przepaść między ambitnymi celami „nowej, rozszerzonej Europy” a dość ograniczonym spektrum, w którym są gotowe poruszać się ustanawiające ją państwa narodowe. Biorąc pod uwagę, że Unia potrzebowała dotąd wyraźnego impulsu politycznego z zewnątrz dla wyraźniejszego postępu na drodze do integracji – np. Maastricht było wywołane końcem zimnej wojny – można przypuszczać, że symboliczne „rozszerzenie Unii na wschód” jest niepowtarzalną okazją do przyjęcia dokumentu o nazwie „konstytucja”. I to mimo faktu, że etap świadomościowy, na jakim znajdują się europejskie państwa, nie usprawiedliwia takiej nazwy.
Pomimo powyższych zastrzeżeń można ocenić, że 90% zmian, które postuluje Konwent w swoim projekcie, zasługuje na poparcie jako krok ostrożny, ale w dobrym kierunku. Warto o tym głośno powiedzieć zwłaszcza na tle dość jednostronnego i zubażającego podejścia, jakiego nie brakuje niestety w polskiej debacie o konstytucji europejskiej. Być może nie mamy jeszcze w Polsce „instynktu europejskiego”, umiejętności myślenia w kategoriach wspólnych. Warto więc pamiętać, że traktat konstytucyjny został sporządzony nie po to, żeby Polakom zabrać głosy przyznane im w Nicei, ani po to, aby obrazić polskie rozumienie chrześcijańskiej Europy.
Giuliano Amato, wiceprzewodniczący Konwentu Europejskiego, zapytany czy jest zadowolony z wyników prac Konwentu, odpowiedział: „tak, jestem dumny – ale oczekiwałem syna, a urodziła się córka”. Być może były premier Włoch nie powinien oczekiwać projektu o bardziej męskich, zdecydowanych cechach. W końcu „miękkość” i skłonności koncyliacyjne są obecnie uważane za cech stricte europejskie, tak jak tolerancja i racjonalność. Na pewno projekt sygnowany przez Valery’ego Giscard d’Estaign’a nie jest przełomem w działalności UE. Nie tworzy żadnych zalążków federacji ani nie określa mitycznego „finalité” procesu europejskiego. Ma jednak uczynić Unię z założenia bardziej demokratyczną, przejrzystą, silniejszą, a zarazem bardziej efektywną i bliższą obywatelom. Projekt ma szereg innych użytecznych cech. Po pierwsze - porządkuje prawodawstwo europejskie w jednym dokumencie (dotychczasowe traktaty stracą ważność jako źródła prawa europejskiego, co jest nowością na tle kumulatywnego charakteru dotychczasowego prawa europejskiego). Po drugie - inkorporuje Wspólnoty do jednolitej Unii, czym ujednolica jej strukturę. Po trzecie - nadaje Unii Europejskiej osobowość prawną, co jest istotne z punktu widzenia jej działalności na arenie międzynarodowej (Unia będzie m. in. miała od tej pory tzw. ius tractatuum, prawo zawierania umów międzynarodowych). Po czwarte – wprowadza (co prawda „kuchennymi drzwiami”) kilka kluczowych propozycji reform instytucjonalnych, wzmacniając choćby rolę Parlamentu Europejskiego, które nie uzyskały poparcia podczas wcześniejszych konferencji międzyrządowych, mimo że były znane i dyskutowane. I wreszcie po piąte – posuwa naprzód dyskusję o „uwspólnotowieniu” wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Unii Europejskiej, tworzy urząd ministra spraw zagranicznych Unii.
Szanowni Państwo,
Pierwszym wrażeniem, jakiego doświadcza czytelnik próbujący przeanalizować zmiany w traktacie konstytucyjnym, zwłaszcza w dwóch jego wstępnych częściach, obejmujących 113 artykułów, jest wrażenie znacznego „uproszczenia Unii”. Niewątpliwie był to jeden z najważniejszych celów pisania traktatu. Na ołtarzu uproszczenia kładzie się jednak niekiedy konieczny szacunek dla podmiotowości tworzących Unię państw oraz interesu wspólnotowego. Prawidłowość tę widać bardzo dobrze na trzech przykładach: idei powołania przewodniczącego Rady Europejskiej, zmian sposobu liczenia głosów w Radzie i rozszerzenia zasady głosowania większościowego oraz roli i składu Komisji Europejskiej.
Uproszczenie procedur decyzyjnych jest oczywiście sprawą kluczową w nowej Unii. Jak zapewnić efektywność Unii w Europie 27 (nawet 25) państw? Debatę o funkcjonowaniu Unii od czasów Traktatu Amsterdamskiego milcząco zdominowało przeświadczenie, że poważnym problemem rozszerzenia jest to, że Unia rozrasta się o państwa małe bądź bardzo małe, słabe instytucjonalnie, niedoświadczone w polityce zagranicznej, często podejrzliwie patrzące na siebie nawzajem lub otwarcie skonfliktowane. Istniała też zgoda, że dotychczasowy system prezydencji był nieefektywny – a w nowej sytuacji, dodajmy, mógłby być paraliżujący – ponieważ małe kraje sprawujące prezydencję nie zapewniają dostatecznego przywództwa Unii. Poza tym zmieniająca się co pół roku prezydencja nie stanowi czytelnego znaku przywództwa w stosunkach zagranicznych Europy. Te dwa argumenty uznano za słuszne. Konwent postuluje więc utworzenie urzędu Przewodniczącego Rady Europejskiej, odpowiedzialnego za koordynację jej prac w perspektywie dwuipółrocznej i jednoczesne zniesienie półrocznych prezydencji w Radzie Ministrów.
Co tak naprawdę to oznacza? Obecny system równowagi instytucjonalnej jest delikatny i niewiele trzeba, aby wzbudzić podejrzenia co do intencji Konwentu. Powołanie przewodniczącego Unii może być odczytane jako próba wzmocnienia i tak wpływowych, największych członków. Może to być przy tym próba przeciwskuteczna. Bowiem albo szef Rady będzie pochodził z dużego kraju i może to oznaczać dominację tego kraju w Radzie, ponieważ przewodniczący ma być politykiem, albo będzie pochodził z kraju małego i wtedy grozić może, iż będzie zakładnikiem wielkich państw, albo też będzie musiał rozbudować swój niezależny aparat polityczny, podobny do tego, który obecnie posiada przewodniczący Komisji Europejskiej. Stawiając na czele „dumnego” organu grupującego liderów - nawykłych do kierowania - osobę z drugiego szeregu ryzykuje się, że może ona stać się bardzo słabą figurą na szachownicy europejskiej. Trudno jednak byłoby wyobrazić sobie inne rozwiązanie, ponieważ jakakolwiek dłuższa kadencja dla czynnego polityka spotkałaby się ze sprzeciwem kluczowych członków Unii. Niewątpliwie jednak wybór opcji zakładającej utworzenie stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej (a nie na przykład postawienie na jej czele przewodniczącego Komisji) oznacza naruszenie równowagi instytucjonalnej na niekorzyść Komisji, reprezentującej interes wspólnotowy. Uznaje się często, że godzi to w interes państw mniejszych. Można jednak przypuszczać, że nie tylko ich: również i większe państwa Unii stracą per saldo na osłabieniu roli Komisji. Wiele zależy również od tego, kim praktycznie stanie się przewodniczący Rady Europejskiej. Tak czy inaczej jest istotne, by wyjaśnić potencjalne nieporozumienia. W przeciwnym razie będzie jak w słynnej maksymie Oscara Wilde’a, że „każda kobieta może uczynić z mężczyzny milionera – pod warunkiem, że był wcześniej miliarderem”.
Nowy system głosowania w Radzie mający obowiązywać od 2009 r. służy poprawie efektywności Unii, lecz i w nim zakłada się, że cenę zapłacą państwa małe. Konwent poszedł tu w swoich propozycjach bardzo daleko, nie zważając zupełnie na fakt, że reforma systemu głosowania stała się kością niezgody zarówno w Amsterdamie, jak i w Nicei i to głównie z powodu opozycji państw mniejszych. Nicejski system wypracowany w wyniku żmudnych negocjacji, jest oparty na potrójnej większości: głosów ważonych, liczby państw oraz populacji. Teraz w art. 24 pierwszej części zaproponowano tylko podwójną większość: państw (50%) i populacji (60%). Rezygnacja z systemu głosów ważonych bardzo spłaszczającego faktyczne różnice siły państw członkowskich to wyraźne odejście od jednego z filarów instytucjonalnych Unii. Oznaczałaby znaczne zwiększenie roli największych państw Unii – Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch – podczas głosowań, przy czym Niemiec aż o 60% ze względu na dużą liczbę ludności. Wszystkie inne kraje, oprócz kilku najmniej licznych, wyraźnie straciłyby siłę głosu w nowym systemie. Argumentuje się, że nowy system ułatwiłby podejmowanie decyzji przez Radę do poziomu, jakiego nie miała ona od czasu, kiedy Wspólnota liczyła sześciu członków! Autorzy projektu zdają się jednak zapominać, że efektywność nie jest fetyszem, liczy się jeszcze uzgadnianie interesów krajów członkowskich. Projekt Konwentu stanowi próbę powrotu do efektywności Rady z czasów „sześciu” w Europie „dwudziestu siedmiu”. Ten projekt wzbudza też uzasadnione obawy nowych kandydatów. Teoretycznie bowiem, nowe zasady głosowania oznaczają, że Rada mogłaby podejmować decyzje ignorując całkowicie głos nowych krajów członkowskich tak jakby ich nie było - ponieważ dotychczasowi członkowie posiadają większość i liczebną (15 państw) i ludnościową (80% populacji). Choć to dość demagogiczny argument, ponieważ prawdopodobnie linie podziału w Radzie nie będą się układać w ten sposób, obrazuje on jednak według niektórych interpretacji - nieufność co do racjonalności zachowań nowych członków Unii.
System Giscarda jest jednak o tyle przemyślny, że wzmacniałby siłę głosu czterech liderów Unii kosztem właściwie tylko dwóch państw: Polski i Hiszpanii. Inne, mniejsze państwa traciłyby niewiele, a państwa najmniejsze nawet minimalnie zyskałyby. Przy sumie głosów ważonych w Radzie Unii – 391 – ustalonym w Nicei – wspomniana czwórka miała mieć po 29, a owa dwójka 27 głosów. Węgrom i Czechom przyznano np. po 12 głosów, Litwie – 7, a Słowenii – 4.
Argumentacja za niemożliwością funkcjonowania Komisji w składzie 25 (czy 27) komisarzy jest powszechnie znana. Ale przy założeniu utrzymania obowiązującej w Komisji zasady 50% większości przy podejmowaniu decyzji, efektywność działań Komisji nie musi być mniejsza. Zdaje się, że zbyt pochopnie przyjęto założenie, że Komisja 25 nie będzie działać efektywnie. Projekt ustanowienia drugiej kategorii „komisarzy niegłosujących” jest trudny do aprobaty, ponieważ kraje małe, którym obcięto wpływy w Radzie, prawdopodobnie opowiedzą się za zasadą „jeden kraj – jeden komisarz”. „Rotacyjna komisja” może prowadzić poza tym do zawierania w Komisji koalicji państw głosujących i niegłosujących i rozbicia ponadnarodowego, wspólnotowego charakteru tego organu.
Oprócz kluczowych dla funkcjonowania Unii kwestii instytucjonalnych, projekt Konwentu zakłada zniesienie podziału Unii na filary. Istnienie tego podziału było jednym z głównych powodów, dla których Unię odbierano jako twór niejasny, o skomplikowanej strukturze. Ponieważ jednym z głównych celów Konwentu było „uproszczenie traktatów”, proponuje się zniesienie filarów. Czy jednak na pewno? Filary Unii nie były przecież wprowadzone po to, aby sztucznie komplikować strukturę Unii. Wyrażały one rzeczywistość polityczną swego czasu – fakt, że państwa członkowskie nie były gotowe do zastosowania metody wspólnotowej w tak wrażliwych dziedzinach, jak polityka zagraniczna, bezpieczeństwo, migracje i azyl. Konwent zatrzymał się jednak w pół drogi. W zasadzie tylko likwidacja trzeciego filaru jest przeprowadzona względnie konsekwentnie – kwestie polityki imigracyjnej i azylowej są objęte zasadą większości kwalifikowanej (z pewnymi wyjątkami). Natomiast cały drugi filar (polityka zagraniczna) mimo zniesienia nazwy pozostaje objęta zasadą weta narodowego. Wiosną tego roku Wielka Brytania, Francja i Niemcy były przez chwilę skłonne przystać na objęcie polityki zagranicznej zasadą głosowania większościowego – ale potem się z tego wycofały. Tymczasem bez wprowadzenia tej zasady polityka zagraniczna Unii będzie zachowawcza, a niekiedy nie będzie jej w ogóle. Ogólnie więc, rozmontowanie filarów to bardziej fakt symboliczny niż realny.
Wspólna Polityka Zagraniczna i Bezpieczeństwa oraz Wspólna Europejska Polityka Bezpieczeństwa i Obrony, mimo trwania przynajmniej od traktatu z Maastricht, były oceniane jako rzeczywistości wirtualne, których istnienie jest co prawda pożądane, ale ma małą szansę realizacji. W przedmiocie stosunku instytucji do bytów życzeniowych w świecie polityki istnieją dwie szkoły: konserwatywna i oświeceniowa. Według pierwszej: byty polityczne są zjawiskami pierwotnymi, które dopiero tworzą instytucje, według drugiej - właśnie za pomocą instytucji można i należy powoływać do życia różne byty społeczne. Konwent w jasny sposób opowiedział się za myśleniem oświeceniowym: tworzeniem nieistniejącego na razie bytu politycznego – polityki zagranicznej Unii – za pomocą nowej instytucji: ministra spraw zagranicznych, który ma być połączeniem Wysokiego Przedstawiciela ds. Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa oraz Komisarza ds. Stosunków Zewnętrznych. Jego efektywność ma zapewnić usytuowanie – ma on być członkiem Komisji, przewodnicząc jednocześnie posiedzeniom Rady ds. Zewnętrznych – oraz tzw. klauzula lojalności, przewidująca, że członkowie Unii zobowiązują się „popierać aktywnie i bez zastrzeżeń wspólną politykę zagraniczną i bezpieczeństwa”. Problemem dotąd było nie tyle to, że państwa członkowskie wyłamywały się spod uzgodnionej polityki zagranicznej, ile, że takie uzgodnienia bardzo często nie mogły zapaść ze względu na zasadę jednomyślności. Tak więc powołanie ministra spraw zagranicznych ma wymiar dość symboliczny. Może on stać się ministrem „bez polityki”, ponieważ projekt traktatu przewiduje, że polityką zagraniczną będzie zajmowała się tak jak dotąd Rada Europejska i Rada Unii Europejskiej, podejmująca decyzje na zasadzie konsensusu.
Przykład rewizji głosowania nicejskiego i fakt, że w tej sprawie jednoznaczne poparcie dla stanowiska Polski wyraża tylko Hiszpania, może – ale nie musi – stanowić dość niebezpieczny precedens jako próba „ustawienia Polski w szeregu” – jako kraju postrzeganego czasem jako niesforny nowy członek Unii. Rozdział głosów w Radzie – czy to nicejski, czy to według „metody Giscarda” - pokazuje, że Polska jest za małym krajem w grupie dużych i za dużym w grupie małych.
Przy okazji coś lżejszego. Otóż w wydawnictwie Unii sprzed lat stwierdzono sarkastycznie, że „idealny Europejczyk” powinien być: trzeźwy jak Irlandczyk, dowcipny jak Niemiec, dyskretny jak Duńczyk, znany jak Luksemburczyk, opanowany jak Włoch, skromny jak Hiszpan czy Francuz, o predyspozycjach technicznych jak Portugalczyk, szczodry jak Holender, dyspozycyjny jak Belg, gotujący jak Brytyjczyk i zorganizowany jak Grek. Ciekawe jak będzie to wyglądać w przypadku Polaka za kilka lat, ale na pewno szczypta humoru nie zaszkodzi i w tych poważnych dyskusjach.
Powracając do nurtu rozważań na serio – na szczęście nie grozi nam czarny scenariusz. Wystąpiłby on w sytuacji gdybyśmy nie mieli naturalnych sojuszników ani w regionie (ze względu na różnice w wielkości, potędze, aspiracjach i fakt, że będziemy absorbować znaczną większość funduszy strukturalnych) ani tym bardziej wśród wielkiej czwórki. Ale tak nie jest!!
Co do dwóch postulatów zgłaszanych przez rząd polski na Konferencję Międzyrządową, nasza delegacja znajdzie się w niełatwej pozycji. Logiczny argument utrzymania nicejskiego systemu ważenia głosów (skoro nie został jeszcze wypróbowany, to jak można uznać go za niefortunny?) w niektórych stolicach Unii traktowany jest jako roszczeniowy. Z drugiej strony uważani jesteśmy gdzieniegdzie za kraj zajmujący się niekiedy problemami dla Unii kontrowersyjnymi lub niezbyt istotnymi. Myślę tu np. o propozycji odniesienia się w preambule Traktatu do dziedzictwa chrześcijańskiego. Będzie ona trudna do zrealizowania nie tylko ze względu na Turcję, Albanię, Bośnię i Hercegowinę i 18-milionową społeczność muzułmańską w Unii Europejskiej, lecz z powodu stanowiska kilku państw, zwłaszcza Francji i Belgii. Równocześnie niezrozumiałe jest, że w dyskusjach nad omawianym dokumentem nie docenia się wagi art. 51, w istocie kluczowego dla Kościoła i Watykanu, który gwarantuje utrzymanie otwartego, regularnego i jawnego dialogu z Kościołami.
Konkludując, projekt Traktatu Konstytucyjnego jest dość udaną próbą zrealizowania – przy całej ich ograniczoności – postanowień nicejskich. Stanowi on jednak – mimo wszystko – udane rozwiązanie zagadnienia technicznego, nie zaś śmiałą propozycję dla Europy jutra. Czy można oczekiwać, że rozpoczynająca się 4 października 2003 r. w Rzymie konferencja międzyrządowa doda doń „pieprzu politycznego”? Zobaczymy.
Fakt, że w Europie nie ma klimatu politycznego dla przeprowadzenia bardziej radykalnych zmian w instytucjonalnej architekturze kontynentu w kierunku federacyjnym, nie powinien przesłaniać rzeczywistych korzyści, jakie odniesie Europa z przyjęcia Traktatu. Najbardziej widoczne korzyści mogą dotyczyć zapewne wymiaru zewnętrznego Unii. Wiele wskazuje, że reforma konstytucyjna zbiegła się bowiem ze wzrostem woli politycznej co do konieczności bardziej skoordynowanego podejścia w tej kwestii. Duże znaczenie ma również dobrze przyjęty raport Javiera Solany dotyczący przyszłości Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa.
Z braku czasu pominąłem wiele wątków w tym ratyfikacji konstytucji, która w niektórych państwach może nastręczać trudności. Kluczowe jest przy tym, w jakiej kondycji Polska wejdzie do Unii i jak wykorzysta nowe możliwości. Czym byłoby odrzucenie bądź zasadnicze przepracowanie traktatu konstytucyjnego? Bynajmniej nie rozpadem Unii, ale z pewnością zahamowaniem potrzebnej reformy jej struktur.
Na koniec pragnę przypomnieć wspaniałą myśl Stanisława Jerzego Leca, że: „zawsze znajdą się Eskimosi, którzy wypracują dla mieszkańców Konga wskazówki zachowywania się w czas olbrzymich upałów”. Wierzę, iż znajdzie się mądry kompromis, by na drodze do przyjęcia konstytucji europejskiej takimi „Eskimosami” nie okazała się ani Unia ani Polska.
opublikowany w "Wiadomościach Uniwersyteckich" UWM, Olsztyn Nr 1, 2004


